na końcu języka stoi szafa
z małymi szufladkami każda opisana
cudzym pismem jakby sens
dało się odłożyć między agrafkę a pył
otwieram literę i wysypują się z niej
ptaki paragony fragmenty rozmów
czyjś oddech zatrzaśnięty
w kopercie bez adresu
słowo dom ma pod spodem kilka fundamentów
jeden pachnie zupą i mokrym wełnianym rękawem
drugi jest zrobiony z echa i pogłosów
trzeci z tej ciszy która siada
przy stole zanim wróci człowiek
słowo miłość nie mieści się w rubryce
wycieka bokiem jak światło spod drzwi
kiedy ktoś jeszcze nie śpi
broni nocy przed całkowitym zamknięciem
jest też dział z wyrazami
które po latach zmieniają wygląd
wino ojczyzna ciało przebaczenie
leżą obok siebie jak narzędzia po pożarze
czarne ciepłe wciąż do czegoś zdolne
niektóre znaczenia przychodzą kulawe
oparte na lasce przypuszczenia
inne mają twarze zamazane deszczem
trzeba je rozpoznawać
po sposobie milczenia
czasem szukam siebie pod literą ja
ta odsyła mnie dalej zobacz także cień
imię po kimś rana po świetle
miejsce po głosie
więc kartkuję ów skorowidz jak atlas
kraju którego granice przesuwają się
od jednego spojrzenia do drugiego
myślę że może nie po to dano nam mowę
żeby wszystko nazwać
lecz żeby nad przepaścią między znaczeniami
przerzucać kruche kładki zdań
kiedy jedno słowo pęka
jak lód pod stopą,
drugie nie powinno udawać brzegu
wystarczy że będzie ręką
wyciągniętą w niejasność
