ZSTĄPIENIE

JAKI

"jaki polny ten konik
jaka leśna ta jagoda"


jaki ludzki ten człowiek
w nieludzkim świecie
wzrusza się prawdziwie
nie umie udawać
że żyje

szczery nawet z wiatrem
choć owija się szalem
nawet zmęczony
nie kładzie się spać
nim nie zasną sny
co mu się miały śnić

nie używa słów
inaczej niż serca

martwi się
jak koronka
do miłosierdzia
uczciwie widzi
to na co patrzy

jaki ludzki ten człowiek
z płaskostopiem sumienia
człapie dookoła mnie

TAKIEJ WIARY

takiej wiary
jak od szablonu
ciszy i pokory
jeszcze nie mam

w jakiejś niemocy stygną
co cieplejsze słowa
definicje w niewolę biorą
nawet uśmiech
i przeloty motyli

garnitur wątpliwości
leży na mnie idealnie
nagą prawdę
wycięła cenzura

dusza w ramkę oprawiona
jak komunijny obrazek
w dłoniach umarłego

takiej wiary
jak od szablonu
ciszy i pokory
chyba już nie chcę

tą naiwną dziecinną
niech mi ktoś przypomni

SKĄD WIESZ

skąd wiadomo
jak być
żeby być
czy to znaczy oddychać
stawiać kroki
w koleinach następstw
wykonywać coś po kolei
czy odliczać od końca

życie muchy
lata kilka chwil

czy może kochać się
w ludziach
którzy kochać się nie dają

życie liści
jest zielone
szumi szeleści
i usycha

czy ta wiedza
uczyni mnie lepszym
czy tylko mądrzejszym

życie mrówki
pszczoły
wołu
jest pracowite

jak teraz zadać to pytanie
i komu
skoro być mi już przyszło

OBIEG ZAMKNIĘTY

a to wszystko zawarte
w zamkniętym obiegu

jeść spać rodzić umierać

na gładko bez krawędzi
za którą można wyjrzeć
by mieć pewność
lub utracić nadzieję

niektórzy rozbijają
szczegóły na drobiazgi
drobiazgi na detale
detale na odbicie
lustra w lustrze
by dostrzec jedynie kurz

tak więc
czy możliwe jest umieć być
dlatego że się jest

to zagadka
w którą świeci słońce
i pochłania czas

MOŻLIWOŚĆ

w wieczność
rozchylają się chwile

tu i teraz odpływa
w jakieś zawsze
kiedyś lub nigdy

znaczenia zaczynają
rozumieć same siebie
i zapominać ludzi
co je stworzyli
by myśleć że są mądrzejsi

rzeczywistość - wydaje się
nie wie o co chodzi
biega wkoło
coraz bardziej zmęczona

szczęście zdumione
nie może uwierzyć
że jest kopciuszkiem
z bajki o życiu

a życie wciąż możliwe
schowane pod płaszczem
tego co ma miłosierdzie
dla nas i całego świata

RETORYCZNIE

cały jesteś retoryczny
mój Boże
i absolutnie dosłowny

nasze myśli o Tobie
brną w bezdroża domysłów
uparcie łaskoczą cię w pięty
a potwierdzona tytułami mądrość
ostatecznie ma postać
mydlanej bańki

z kolei dla niektórych
nie istniejesz tak bardzo
że szukają na to dowodów
bo świadkowie nie żyją

na końcu są ludzie
obłąkani zachwytem
nad miłością
cokolwiek to jest
ale tych nikt
nie traktuje poważnie

to ci
co chowając się
za Twoimi plecami
patrzą Ci prosto w twarz

BIEG

(poległym)

jeszcze pobiegniecie chłopaki
a wiatr staruszek
z zadyszką za wami

w te pola
którym świt
na cztery głosy
światło śpiewa

w te buczyny proste
co stok góry
obejmują drewnianym ramieniem

tam i z powrotem
szczelinę czasu
na raz przeskakując

jeszcze pobiegniecie chłopaki
w miejsca których jak dotąd nie ma
w czas o którym
nawet przyszłość nie wie

pobiegniecie przed tymi
co tylko chodzić potrafią

MIŁOSIERDZIE

Bóg też ma
swoją bombę atomową

tak trzeba
gdy globalnie brniemy
zupełnie na ślepo

naoczni świadkowie zeznają
że nie zawahał się jej użyć
dla nas
i świata całego

DO DNIA

znowu świt
w stopy twoje Panie
ucałować mogę
wymiar wspomnień
o ten kadłub poszerzyć

znów podłoga
pod stopą zaskrzypi
gdy do jutrzni z pokorą
przed ikoną uklęknę

dopiero wtedy dzień
do życia zdolny
tak jak mnie ojciec uczył
robotą wypełnię

JUTRZNIA

Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu
w dni prostych ramiona popychaj
Panie pospiesz ku ratunkowi memu
niech ludziom bez duszy w oczy nie patrzę

jeszcze prościej daj dziać się
rzeczom najprostszym
szczęście jedynie
niech na wierności polega

bo drogi występnych
brną przez bezdroża
w ustach szyderców
nie ma oddechu

nas samych innym raz jeszcze podaruj
niech świeży chleb między sobą dzielimy
zwłaszcza tym którym raz ostatni
oczy dzisiaj otworzyć pozwolisz

PASJA

w zieleń późnego wieczoru wsiąka
nieco jaśniejsza smuga dziwnej modlitwy
niezrozumiały siny szept
jakby spierzchniętymi ustami wypowiadała je
sama nieśmiertelność
przez nieruchome oczy

gdzieś w górze
szybko przepływa wizg niecierpliwych jaskółek
znika za plecami archanioła Gabriela

Eloi, Eloi lema sabachtani

OPOWIEŚĆ O DOBRYM DNIU

jak zmęczenie
na gwoździu przy ścianie
wisi fartuch

puste rękawy i poły
na znak że w te ręce
można już głowę wtulić
niech obejmą troski

grube palce zaraz
opowiedzą paciorkom różańca
cały trud
nie zapomną o nikim
choćby umarł
dawno temu

podejdę bliżej
przykucnę w miejscu
w którym podłoga
jeszcze nie skrzypi przeszłością
posłucham opowieści
o dobrym dniu

ZMIERZCH

anioł od zmierzchu
ciemność w rogach nieba
na haczykach rozwiesza

czas przy stole
stuka w pustą miskę księżyca
jego blask szeleści
gdy o nim pomyśleć

wchodzę pełnym zdaniem
przez ten próg
w zdziwienie
co między żebrami
jak do własnego domu

życie w fotel posadzę
ten ustawiony w rogu
wszystkich problemów
musi tam stać
jeżeli to mój dom

wezmę w ręce
najciekawszą z książek
rozprostuję w niej
żółte kartki wspomnień
bo gniotą w sumienie

zaczyna się ona tak:
Na początku Bóg …

ZAPRASZAM

zapraszam cię Jezu
na piwo
pogadać po ludzku
o życiu i wierze

nim wrzód wątpliwości
pęknie na amen
nim łapy otchłani
zakleszczą się szczelnie
muszę się komuś
wygadać do spodu

może znajdzie się
w tej całej wieczności
jakaś chwila
tylko dla mnie

może to będzie ta chwila
która mi całą wieczność
na oścież otworzy

DZIADY NOWE

gdy w grudki ziemi zamienią się chwile
gdy piach nasze usta tylko będą pić
czas co w zdarzeniach się plącze zawile
nie nauczy nikogo jak prosto jest żyć

tak będą wschodzić i zachodzić słońca
nad niewidzialnymi mieszkańcami nieb
początkiem będzie co dobiegło końca
a po żniwach z ziarna świeży dobry chleb

święcie w to wierzyli moi przodkowie
dziadowskim duszom w pole nosząc wikt
dobrze się wsłuchaj a wiatr ci podpowie
że one to ktoś co nazywa się nikt

być kimś kto jest nikim z sercem w spojrzeniu
tą jedyną rzeczą jaką można dać
jak bez wdzięczności ukrytej w zdziwieniu
prostą ziemią w ziemi nauczyć się trwać

ODEJDĘ

cóż to cię ziemio obchodzi
w którym miejscu
grób mi wykopią

czy z tej deski lichej
za parapet czy trumnę
ktoś należność weźmie

do miejsca przy stole
może kto inny przywyknie
w wysiedzianym fotelu
nową książkę przeczyta

wyblakną cienie
czas je do czysta wypłucze

dopiero wtedy odejdę
gdy nawet anioły
modlić się za mnie
przestaną

NIE SPODZIEWAJ SIĘ JUTRA

on umie stanąć
na skraju powietrza
zasięg bezsilności
w supełek związać
i żurawim odlotom
machać na pożegnanie

z łanu czystych szelestów
wybrać te kolorowe
wlać ciszę w gliniany wazonik
w który potem te bukiety wkładam
i pod dyszel zmierzchu
podpiąć miejski chrobot
niech podąża za światłem
ten cudaczny dyliżans

on swojej starości opowiada
tak prawdziwe baśnie
że dzieją się same z siebie
tuż opodal w ogrodzie

najważniejsze - powiada
zerkając czasem na mnie
byś zrobił sumieniu
najwięcej miejsca w życiu
bo jakże bez tego
spojrzeć komuś w oczy

nie spodziewaj się jutra
inaczej niż przypadku
co będzie gdy się zdarzy

to upraszcza czas
do jednej chwili
do chwili
tej chwili

ADWENTOWY

ani to szkielet
ani sonet

pod buczyną bezlistną
modlitwa piętrzy się
wsiąka w pagórki
obłe od marzeń

a ty Jezusie adwentowy
w przeciągu dziejów stoisz
miłosierny na przestrzał
jak strach na grzechy
jak czas przeszły niejedno

niesłyszalnie dalekowzroczny
jak prześwit po świcie
wypatrujesz mojej postaci
kształt ostateczny

WIEM

tylko ci co czekali
wiedzą coś do bólu

tylko ci których boli
wiedzą co to czas

to wiedza bezwzględna
nie waha się
poderżnąć gardła
domysłom na jej temat

stoi za plecami
szara jak poniedziałek
cierpliwa jak kamień
czeka aż zrozumiesz

że to już
najwyższa pora kochać

INACZEJ

z oczu ludzkich
te są ślepe zupełnie
co nie płakały

te z rąk bezwładne
co nie tuliły nikogo

tylko te usta nieme
co nie całowały
z czułością

te uszy głuche
co nie słyszą duszy

śmierć zaś
nie polega na tym
że nagle przestaje się być
na tym polega życie
by być tam
gdzie się nie jest

oto właśnie
jesteśmy wyłącznie sobą
by żyjąc tak samo
niepowtarzalna była
jedynie miłość

Διάλογος (DIALOGOS)

I.
jak to jest
być Bogiem
pyta człowiek

wiekuisty ty
wiekuisty syn
wiekuisty duch
jeden oddech
w trzech
potrójne tchnienie
jedno istnienie

ani cię wyrazić
ani zrozumieć
a na końcu tej myśli
sens paranoik
przegląda się w lustrze

bo

zawsze to Ty
wszędzie to Ty
wszystko to Ty

II.

Bogiem się Jest
zupełnie zwyczajnie

się Jest
bo się było
i było się
bo się Jest

bycia się
nie można wymyślić
nie można go nawet stworzyć
bycie polega
na kochaniu
i dlatego Jestem
tym co kocham

ja Bóg
i ty człowiek
jesteśmy
takim samym kochaniem

bo innego nie ma

JAKŻE

jakże żywa jest śmierć
to przy niej
cisza tak pięknie
pozuje do wierszy

i między
tu (już w czasie przeszłym)
a
tam (gdzie czas jest niemożliwy)
wrzyna się
wąska krawędź
na której przysiadają
spracowane anioły

spoglądają na
szczelinę w świetle
przez którą zdumnienie
wymyka się w pewność

można zobaczyć przez nią że
zwyczajne
nic nie wiadomo
to czysta prawda

poza niebem
do którego nie zagląda
pewna swego jest właściwie
tylko śmierć

MAŁA M`GEDE UMIERA Z GŁODU

mała M`gede
miała trzy młodsze siostry
a ona z nich najładniejsza

tamte już
nie będą zazdrosne
o smuklejszą kibić
pełniejsze piersi
o uda
długie jak szyja żyrafy

mała M`gede
tańczy przy ognisku
słabym wzorkiem

ściska w dłoni
dwa ziarenka ryżu
dla brata

ZA DRZWIAMI

za tymi drzwiami
którym ruch zakrzepł w zawiasach
przeszłość ma nocny dyżur
tam czas w obie strony
uważnie patrzy przed siebie

tyle słońca tego lata
ogrzało tylko cienie
i nikogo więcej
prócz aniołów
na spróchniałym progu

za tymi drzwiami
mieszkają już tylko
susza w drewnie
litery w książkach
popiół w piecu
strach w kątach
kurz w warstwach
świętość w zgarbionych plecach

a na rękach
które klamkę trzymają
pęcherze miłosierdzia
i wieczorny pacierz

NA WSI POGRZEB

trzymała obrazek
tak jakby jeszcze tylko niego mogła się trzymać
lub tylko po to żeby te martwe dłonie
nie były zupełnie puste
bo nigdy nie były

płomyk na gromnicy
kiwał się woskowym światełkiem
obsiadły baby otwartą trumnę
czarno zawodzą
na kuchni flaki bigos
rosół z tłustej gęsi
czekają swojej pory
zapachem znacząc granicę śmierci

wchodzą ludzie
każdy przyklęknie
pokręci głową
ale dłużej niż ze zwykłego zdziwienia
jeszcze tydzień temu razem
siano zwozili

a na tym obrazku
Matka Boska Częstochowska
Matka Boska Trumienna
podziemna ikona
mówi:
a ona już moja
już mnie z rąk nie wypuści

*** [wiem jak cichnie żal]

wiem jak cichnie żal
przy kaflowym piecu
schnąc na wiór

w krzątaninie skrzętnej
zestarzałej czule
tkliwie kwitnie
czas ostateczny

znam to nieustające
zdrowaś na ustach
i Krakowski hejnał
trzeszczący na anioł pański

rozumiem zmęczenie
oto największa z mądrości
suma wszystkich profesji

a cała teologia
w bólu pleców zapisana
rozważana powoli
posadzi na zydelku w kącie

i nic to
i wszystko zwyczajnie
Matka Boska z obrazu
duszy pilnuje

dzieci czasem świata
ze sobą przywiozą
a z nim dziwy
i dziwadła

OSTATNIA LEKCJA

teraz rozumiesz samotność lepiej
bez wyrzutu i opowiadasz sny o zmarłych

coś cię jeszcze trzyma przy życiu
ale to bez znaczenia
ty się trzymasz jedynie
różańca jak poręczy

świat niby wciąż przesuwa się dalej
ty idziesz gdzieś w przeciwną stronę

nie nazywasz nawet dni po imieniu
to obowiązek żyjących

na serio rozmawiasz już tylko z Bogiem
siedzę więc i słucham
co macie sobie do powiedzenia

*** [wiersz procesyjny]

październik dogasa
na czerwono
na wietrznie
na zawsze
skrzypi pustą karuzelą

moje październiki
dzwonią sygnaturką
w pamięci ministranta
i pachną zygzakami
kadzidlanych dymów

nadal idą za mną
owe zdrowaśki
żarliwe lub niedbałe
z intencją i bez niej
by wstąpić na koniec
we wszystkich świętych

SPACER

ruszyli pod rękę
wsparci o laski
w kadr miasta napęczniałego ruchem
przez jakiś most
lub może bramę
ocalałą w pamięci

wiosna za nimi się dzieje
horyzont kolorowo kwitnie
i słońce im w zmarszczkach
ciepło do przechodniów świeci

pod pomnikiem przystaną
sami jak posągi

ona stokrotki nitką przewiązane
i bólem w biodrze
skromnie ułoży

on orzełka
z rogatywki wspomnień
mocniej w dłoni ściśnie

potem wolniej będą wracać
w nieważkość skruchy
co może przed laty
jakimś do Boga żalem była

PRECZYSTA

spod Rajskiego
Panienko Preczysta
w San wtulona
mgielna Madonno

od trwóg i majaczeń
zjaw głodu moru
uroków biesich
niechybna obrono

modrzewiowa łupino
święta prostoto
bizantyjska pokoro
zdrowaś Ty
błogosławionaś Ty

Preczysta pomiłuj
Preczysta ulituj
łaski nie żałuj

w śmierci godzinie
to Ty
w oczy mi patrz

ŚWIĘTA MARYJA

cicha Miriam
z niebem upragnionym
w każdych oczach
piękniej jakżeś inna

zwykła prządko
w Nazarecie
nie wiesz jeszcze
co to
rzymski kanon

Przedwiecznego ty kochasz
tak jak my oddychamy powietrzem
Przedwiecznemu ty ufasz
tak jak my chleb jemy

jakże On cię chciał dla nas
tak teraz ty nas chcesz dla Niego

takaś Miriam święta
jak dobroć
cudownie prosta

WNIEBOZSTĄPIENIE

gdzie z wielu barw
niemożliwych
jedno światło
nie gaśnie

gdzie z wszystkich
dźwięków tylko jedno
Słowo
znaczy zawsze

gdzie nicość nieśmiało
przechyla się jednak
w wieczne istnienie

tak żyć
w nas zaczyna
wniebozstąpienie