Baranku Boży który gładzisz grzechy i pokornych po sumieniu proszę oddal ode mnie lęk zasklepiały na amen w nieodmówionym pacierzu smutne ceremonie powodów nie do podważenia retoryczne zasadzki wymówek ich wyrazistość dawno zwiędła konwenanse martwych manier są jak sztuczne kwiaty
po czym uczyń mnie najprostszym jak to tylko niemożliwe
CZUJESZ
czujesz
jak wierność czuwa cała w pajęczynach
prawda kroczy zamyślona sama nad sobą
szczęście huśta się na tęczy
wiara bawi się klockami gór
nadzieja gra z apostołami w klasy
miłość grzeje Panu Bogu przemarznięte stopy
RÓŻANIEC
najgorliwiej na różańcu modli się Jezus
w październiku dżdżystym i starożytnych Pompejach (trzy razy dziennie)
na granicach państw i ludzkich możliwości
w drodze do roboty i na pogubionych drogach
w pysznych katedrach i przydrożnych kapliczkach (zazwyczaj frasobliwy)
czasem w wieczności gdzie nie ma czasu na pośpiech
modli się również teraz i w godzinie każdej śmierci
najgorliwiej na różańcu Jezus modli się sobą
DUCHU
Duchu Święty czemuś to samotny i opuszczony sumo mądrości jedyna Ojca naszego i Jego Syna
w każdym znaku krzyża gotowy choć niedbale wzywany również tym razem zmiłuj się nad nami
Duchu Święty łaskami słynący dla tych co ich nie potrzebują wcale ciebie proszę drżącymi ustami zmiłuj się nad nami
Duchu któryś od świtu do wieczora Święty od zawsze na zawsze Święty gdy ostatni raz na poduszkę położę głowę przemów do mnie choćby tylko Słowem
GDYBY
u Pana Boga za piecem gra się w kapsle strzela z procy w wieczność buduje zamki z piasku saperką która leży tu od stworzenia świata sprawdza kto głośniej gwizdnie na palcach lub zdmuchnie więcej chmur z nieba przez dziurkę od wiary podgląda się dziewczyny choć one sprytniejsze zawsze obleją nas wodą święconą
wieczorem dla hecy przestawiamy gwiazdy w tych mniej znanych galaktykach a w nocy opowiada się straszne historie o tym co by się stało gdyby nie było miłości
KONIEC
koniec kłamczuch poszturchuje starszych ludzi głaska posiwiałe włosy zadaje wszystkim (nie)banalne zagadki śmieje się pod nosem z tych co wierzą że on naprawdę istnieje
KTÓRY JESTEŚ
który Jesteś przede mną i za plecami wszystkich świętych pod stopami słonia i między ziarenkami piasku w czasie i w czasach kiedy go jeszcze nie było który Jesteś przyczyną wiatru wiejącego w dmuchawce zagadką rozwiązaną przez miłość początkiem nad którym głowią się mędrcy bez końca którym straszą nieufni
MOJA ŚWIĘTA
absolutnie święta jest moja żona święta domowa patronka wszędobylska
ze słów najgrubszych święta i łat na okrętkę obszytych od wycierania kurzu święta w zakamarkach i sumieniu od schnącego prania święta i dziecinnych łez na policzku przy desce do prasowania święta ostatnia deska ratunku od zakupów i podarunków święta szczodra i nieustająca
święta cierpliwa święta nieugięta święta namiętna święta wierna święta łaskawa święta od wypłaty do wypłaty
od wierszy moich do życia wiecznego jedyna ucieczka
SPRZYJAJ
wszystkim krokom sprzyjaj proszę niech nie błądzą więcej
myślom moim zarozumiałym podpowiadaj szeptem samego siebie
naszym czasom czas podaruj i pokój w ludzkich duszach
każdemu niedowiarstwu pozwól spojrzeć przez dziurę po gwoździu
obojętność niech obrzydnie do szczętu
rozmnóż powszedniego chleba dla tych co najedli się tylko strachu
otwórz mi oczy gdy na zawsze je zamknę
STARANIA
gdy się córeczko do szkoły pakujesz mama ci pacierz we wszystkie zeszyty między strony wkłada te w linie te w kratkę i w brudnopis też
kanapki dokładnie pokorą z masłem smaruje chleb krojony bardziej staraniem niż nożem zawija bardzo dokładnie w litanię
anioła stróża w warkoczyki wplata przywiązuje gumką i grozi mu palcem żeby przed klasówką nie uciekł do nieba
w ołówkach Duch Święty niepozornie nad błędami czuwa
zaś tato krzyżyk postawi i pocałuje go z zachwytem w czoło
DZIĘKUJĘ
dziękuję ci za to czego nie mam i za to czego nie dostałem mimo próśb wielu
dziękuję ci za to czego mi brakuje do pełni szczęścia i za to czego nigdy mieć nie będę
oddaj to innym niech się do ciebie uśmiechną
JEZUSIE
Jezusie co Cię na wielkim krzyżu pod koszulą noszę na kalwaryjskim straganie za pięć złotych kupiony bądź że pochwalony
na rzemyku prostym w supeł związanym środek piersi wyznaczasz gdy tak wisisz nad moim sumieniem natchnij je zdziwieniem
BIURKO
biurko do pisania wierszy mam w piwnicy między archipelagiem słoików a oponami czekającymi na zimę obok koszyka tęskniącego za lasem i grzybami jest też stół kaleka z odkręconymi nogami rozeschła drabina dla której sufit to jedyne niebo które widziała rury z wodą co jak rzeka mi się wydaje dwie stare lodówki które się grzeją na starość i anioł stróż co się zaplątał na rogu w pajęczynę
MARYJO
Maryjo zdrowaś jak rumianek polny łaski pełniejsza niż słońce światła od bied wszelakich nieustająca pomocy
Pan z Tobą kocha nas jako w niebie tak i na ziemi
błogosław czule wszelkim pokrakom są tacy piękni
biedaczynom najbiedniejszym w nich całe bogactwo
trwale bezbronnym bo kto nas ochroni
głupim zupełnie niech zgłupieją do reszty
mądrym jak książka może jednak coś pojmą
pokornym pokornie w nich nadzieja dla świata
zarozumialcom nadętym by przepięknie pękli
Maryjo zdrowaś teraz i na końcu bądź dla nas początkiem
MODLITWA
nie klei mi się modlitwa ani w czasie teraźniejszym ani w przyszłym ani nawet zaprzeszłym niejedno
nadal jednak pachnie w niej sianem wiatrem z twoich włosów wieje tak że ledwo stoję
wyobraźnia skacze w dal litery w słowach przestawiają się same zmieniają temat
pokora ma kolor zdziwienia w twoich oczach nawet anioł stróż roztargniony zapatrzony jak beztroska pociesza zmartwienia
CZAS
mrówki dźwigają sosnowe igły prosto do nieba
deszcz leje żeby chmurom zrobiło się między sobą wygodniej
wróble ćwierkają cieniom drzew by padały ciszej i nie straszyły koników polnych
pająki plotą trzy po trzy z tego cisza robi aniołom wełniane skarpety na zimę
ziarenka piasku tęsknią za rączkami dzieci
dmuchawce puszą się na pokrzywy a rumianek kocha w niezapominajce
dzięcioł stuka dziobem jak Mojżesz laską
tylko ludzie ciągle myślą że czas ma jakieś znaczenie
OD DO
od czego jeszcze wybawić mnie zdołasz nim pomyśleć zdążę
co podarujesz nim kaprys wyjawię
czego nauczysz nim wiedzieć zechcę
ile wybaczysz nim nabroję
kiedy wezwiesz bez uprzedzenia
ONA CHODZI SZEPTEM
miłość chodzi szeptem płynie jedynie pod prąd surowa święta o łagodnych oczach zawsze nie w porę zawsze o czasie
pachnie chyba cynamonem bywa że rumiankiem czy lawendą uwielbia niebywale miłosierdzie nie unosi się gniewem unosi się zewsząd nie pamięta złego pamięta o wszystkich wszystko zniesie co bywa nieznośne wszystko przebaczy byle było komu we wszystkim pokłada nadzieję siostrę swoją rodzoną
mówi w wielu nieznanych językach mówi językiem bardzo zrozumiałym
ZAMIESZANIE
milczenie w gardle skacze na skakance
wypadki fruwają na złość przezornym
dopiero starość potrafi pielęgnować najpiękniejsze fiołki
kolędy starannie zbierają maliny na sok
modlitwy kręcą się wkoło jakby nie wiedziały jaki jest koniec a koniec przyczajony u Pana Boga za plecami bawi się z początkiem w chowanego
zasady tańczą z formułami czaczę obojętność zlodowaciała do reszty ceremonie jeżdżą po niej na łyżwach
audiencje goszczą się nawzajem kawą lub herbatą
przewidywania sprawdzają wygląd i prognozę pogody niepewność bierze ślub z cieniem (jakże piękna z nich para)
najstarsze pokłady ludzkiej głupoty bezpowrotnie przepadły tłukąc się przy tym strasznie
to ta dziwaczka miłość wprowadziła tyle zamieszania
WIECZOREM
usiądę wieczorem na progu wesprę głowę o dłonie Duchowi się pokłonię
rymów niemodnych kołatka co mnie w duszy ciśnie i smuci pięknie Trójcy wynuci
na koniec złożę w ofierze wszystkie bóle i oddech konieczny w Tobie - Boże wieczny
potem już wstanę zaskrzypią kroki ciemność do końca zamknie swe oko
po całym niebie też chwaląc Ciebie
WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
wszystkich świętych niewidzialnych ani gołym okiem ani pod mikroskopem dokładnie widocznych duszą owych dobrodziejów nieznanych opinii w mniemaniu szerszej niż wszechświat podaruj szczodrze nam spieszącym się spóźnionym w czasie gdy czasu nie brakuje
anonimów dobroci mizernych gigantów porosłych szarością bywalców kościelnych zakamarków niezłomnych orędowników nieznanej światu miłości odmieńców szalonych czule poszczących nędzarzy hojnych w najszczersze miłosierdzie podaruj nam w obfitości
PO WODZIE
chodząc po wodzie puchnę z zdumienia że to takie proste
gapię się w swoje stopy zupełnie suche jak na cud
na ramieniu jak na drzewie przysiadł mi jakiś ptak
tonąć zacząłem dopiero wtedy gdy moja córka rzuciła obok malutki kamyczek wątpliwości
POSŁOWIE
nie ma cię co szukać w przepychach sentencji mądrych jak encyklopedie
w ornamentach i ozdobach w pantomimach gestów dla gestów czynionych czy ponad nimi
w powodach w logice ani w wieczności nawet bo to ty ją wymyśliłeś
jesteś który jesteś we mnie samym bardziej nawet niż ja
DABAR
powiedział Bóg:
pozwalam ci tyle mieć by być na zawsze ze mną
więc na co ci cała reszta
KAPLICZKA
on kocha dużo wolniej on kocha drobiazgowo
dokładniej wchodzi przebitymi stopami w ślady moich smutków długo myśli nad każdym z nich
słuchać też potrafi uważniej i między słowami nawet to co przebrzmiało nawet to co nie niewypowiedziane
tak jakbym wszystkie zdrowaśki mówił po raz pierwszy te żarliwe te rozproszone nawet te niedokończone
gdy zasypiam siada w przydrożnej kapliczce frasobliwy
MATKA TERESA
matko Tereso z Kalkuty święta nędzo święty bólu módl się za nami jedzącymi do syta byśmy choć pacierz zmówili za tych co z głodu pomarli
WSZYSTKO
mam wszystko co trzeba mieć
żeby mieć wszystko trzeba nie mieć nic
ŚRODEK
mówią - tylko początek lub na dobry początek
inni - to już koniec i wypatrują go niekoniecznie z dobrej strony
a to znaczenie jest samo w sobie bez znaczenia większego mniejszego czy żadnego
otóż początku nikt nie pamięta
końca być może niestety nikt nie przeżył
liczy się tylko to co w środku
(a w środku stał krzyż bo krzyż stoi to ziemia się obraca)
IDĘ
moje słowa moja głowa moja wina i cała reszta po kryjomu idzie do Ciebie
nawet gdy stoję nawet gdy się cofam
MAJĄTEK
stawiam kroki rzucam cień oddech szumi droga stuka o stopy
czuję myślę czasami kocham niezdarnie
to już cały mój majątek
KROPKA
Bóg postawi mi na końcu kropkę
następne zdanie chce zacząć pisać z wielkiej litery
WIERZĘ
wierzę choć gorzej niż mrówka która nie wie co to wiara lub niewierzący który nie może się zdecydować
słabiej niż cień co na ziemi się kładzie bo ani go podnieść ani przeniknąć
ciszej niż przestraszona mysz lecz kto z ludzi wie ile trzeba mieć odwagi żeby być myszą
z przerwami na papierosa czy mecz mimo że jedyną przerwą w mijającym czasie jest śmierć
z wyjątkami na które dobry Boże wyjątkowo przymknij oko o ile je masz
PIERWSZA MOJA KOMUNIA
może i ja pójdę do pierwszej komunii razem z córką pod rękę za jej wiarę
nauczę się wszystkiego co umieć powinienem zdam egzamin z przejęcia się na dobre z zakochania na przepadło
może i ja pójdę do pierwszej komunii by ze świeżej książeczki sumienia odmówić potem z wiarą litanię trosk różaniec błędów
POWIEDZIANO
zostało powiedziane stąd kolej rzeczy pierwszymi pozostaną te które były pierwsze
stąd wiosna lato jesień zima wiatry monsunowe pora deszczowa
stąd rosa i mgły poranne zorze polarne alfabet i cała wiedza
Słowo postanowiło dać sens nie tylko sobie
dopiero wtedy nastał czas
PRZED NIEBEM
przed samym niebem przed napisem porta caeli każdy niczym Kolumb
musimy odkryć lądy co do których tyle wątpliwości jak odległe i czy w ogóle są zamieszkałe
oraz zdecydować czy ta podróż dotrze do celu
w łódce z miłosierdzia
W NIM
mniejszy niż nic większy niż wszystko
bliższy niż skóra nie ma odległości
nie ma nic bo wszystko co jest Jest w Nim
mówi mi kochaj gdy zaciskam pięści
mówi mi kocham gdy ociera łzy
SPROSTAĆ
z mądrości zmarszczek uczę się pokory
studiuję równania kroków podpieranych laską przeliczonych starannie na ból
to wiedza niezbędna mojemu człowieczeństwu być może bardziej niż oddech
nauczyć się jej jak pacierza
wpleść w bicie serca ten nieunikniony algorytm
żeby nie było za późno zrozumieć co znaczy kocham
PARAPET
święty parapet i odciski dłoni wspierających brodę
dębowy gładko strugany starodawny
ile zim przepatrzonych w dal samotną wspierałeś poważnie skrzypiąc przy wzdychaniu
ilu gości wypatrzonych z daleka przeżyłeś o pokolenia całe urzeczony powagą czerwonych pelargonii
czy nawet skrzydlaci opuścili cię przyjaciele
kurz obsiada cię warstwami jak na starości samotność
gdyby nie wiara ten wiersz kończyłby się tragicznie
ZNAK
zakamarki błądzą po ulicach
deszcz się pląta między krokami
przepięknie nierówne chodniki zakochane w kałużach
babcia Marysia październik na różańcu odmawia
to znak dla spóźnionych żurawi
PRZEROST
coraz trudniej nadzieję ramionami objąć już jej więcej we mnie niż życia
jedynie ona potrafi opowiedzieć coś słowami przed którymi wątpliwości i czas się rozstąpią
potem wiara przez wieczór po paciorkach kuśtyka niczym pamiątka gestów ku śladom ich skutków
tak więc jestem człowiekiem któremu dzień po dniu coraz częściej się bywa coraz mniej jest
tylko miłosierdziu zawdzięczam nawet to że mogę być wdzięczny
PREZENTY GWIAZDKOWE
on jej naparstek na artretyczny palec
ona mu sznurek do okularów
Bóg się rodzi moc truchleje do pierwszego daleko
LITANIA O RZECZACH PIERWSZYCH
dobrze znamy litanię o rzeczach pierwszych
pierwszy krok pierwsze słowo pierwszą literę alfabetu pierwszą klasę pierwszą komunię pierwszą miłość pierwszy pocałunek pierwszy zawód pierwszą zmarszczkę pierwszy siwy włos
zdarzenia z prawem pierwszeństwa pamięta się najdłużej
jedynie pierwszą grudkę piachu pukającą w zatrzaśnięte wieko pamiętamy w zastępstwie
FRASOBLIWY
Frasobliwy Jezus opasany płotem pochylonym na równo ze starości i pokory dłonią brodę podpiera i wieczność
oto monstrancja brzozowa przydrożna w bocznej nawie zmierzchu wystawiona na zapomnienie
już cię bukietami nie karmią z zawodzeniem przeciągłym staruszki w chustkach ani na Anioł Pański powszednio ani na Boże Ciało odświętnie
napuchnięty szeptem niedotrzymanych obietnic
z oderwaną stopą która się zgubiła kościelnemu na strychu
co poczniesz z ugorem za plecami lasem przed oczami i brewiarzem czasu w drewnianych dłoniach
IKONA
święty Mikołaju starocerkiewny na Morochowskiej desce bukowej zamyślony poważnie
psalmy chmur pod kopułą nieba uważnie słuchasz pięknie śpiewasz
niech dziadek Iwan najstarszy z żyjących ten co pamięta najsroższą zimę najgorętsze lato jeszcze raz cię przeczyta z kolorów z oblicza
z ręką uniesioną do wspomnień co mu się wciąż z robotą mieszają
SŁOWO
oto Słowo na pastwę słów wydane jedno tylko i niewypowiedziane
aż do ciszy choć najświętsze się zniża patrzy cierpliwie na nas drewniane z krzyża
żadną mową wszystkich znaczeń znaczenie nie obejmiesz wejdź tylko w to zdziwienie
oto żywe i jedyne co żyje na tym świecie coraz bardziej niczyje